24
Paź

Moja historia

   Posted by: admin   in

 

Moją historię można byłoby zacząć – o tak:

„Dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami w wielkim domu pełnym dzieci, żyło sobie dwóch małych wyjątkowych chłopców…. Pewnego pogodnego dnia, pewien Pan i pewna Pani przygarnęli ich pod swoje skrzydła i zabrali do swojego domu. Ale tak właściwie, kto kogo przygarnął to jeszcze nie do końca wiadomo…”

  

 

 

Było upalne lato pewnego roku, kiedy mama i tata zaopiekowali się nami. Początki były trudne, poznawaliśmy się nawzajem, a nasi rodzice uczyli się jak dobrze nas wychowywać. Kłopot polegał na tym, że nie mieli o tym zbyt dużego pojęcia i nie zawsze wszystko wychodziło.

No i co było dalej? Ja w tym czasie byłem małym bobasem, w wieku, który liczy się jeszcze miesiącami a nie latami. Właściwie nie umiałem nic.

Nie umiałem dobrze chodzić, nosiłem pieluszki, moja buzia przeważnie służyła do jedzenia z butelki i ciamkania smoczka, nic nie mówiłem. Potrafiłem tylko się uśmiechać i płakać. Cieszyło mnie tylko to, aby zaspokoić głód i pragnienie, zmienić pieluchę, dobrze się wyspać, być czysto ubranym i umytym. Potrafiłem tylko oglądać teledyski w TV (Doda, Shakira i inne blondynki ;-). Patrzyłem jak bawi się mój starszy braciszek, próbowałem go naśladować i bawić się autkami – ale wszystko nie było takie proste.

Mamusi minął okres urlopu i wróciła do pracy, a tatuś został z nami w domu. To on został z nami w domu i poszedł na urlop macierzyński 🙂 . Tata podjął się trudnego zadania jakim było opieka nad nami i on pierwszy zaczął po kolei uczyć nas wszystkiego.

W domu wszędzie były zrobione barykady, żebym nie zrobił sobie krzywdy. Na początku jak tatuś musiał na chwilkę wyjść to ja zostawałem na ten czas w łóżeczku, które stało w dużym pokoju. Jak była ładna pogoda to chodziliśmy na długie spacery lub do ogródka przy domu, a w południe po obiadku hop do wyrka na spanko. A po odpoczynku znów spacer, zabawa itp. Ja i brat zaczęliśmy poznawać świat.

Ponieważ mama musiała pracować, to tatuś zakasał rękawy i zaczął nas uczyć podstawowych rzeczy. Jak wracała do domu to szaleliśmy już w czwórkę, no i w weekendy zawsze byliśmy wszyscy razem.

Paradowałem jeszcze ze smoczkiem i w nocy domagałem się butli. Rodzice wstawali do mnie w nocy na zmianę. Miałem problemy z zasypianiem. Od butli szybko się odzwyczaiłem, a smoczka schował mi tata. Jako dzielny bobas przełknąłem tę stratę. Od tego momentu skończyły się kłopoty z zasypianiem. Była zima i większość czasu spędzaliśmy w trójkę w domu – do powrotu mamy z pracy. Przez okres zimowy tata uczył mnie chodzić po schodach i mijać przeszkody. Stałem się bardziej ruchliwy i nastał czas, aby zdemontować wszystkie barykady, bo i tak nie stanowiły już dla mnie przeszkody.

W zimie po raz pierwszy razem obchodziliśmy moje urodziny. Tort był wspaniały. Mniam, mniam… z procentami 🙂

Nastała wiosna, zaczęliśmy ponowne długie spacery, ja częściej chodziłem już piechotą i ćwiczyłem mięśnie nóg. Pewnego razu jak byliśmy na spacerze to przeszedłem na własnych nogach prawie 3 kilometry. Tata był w tym dniu bardzo zdziwiony i zaskoczony, że pokonałem tak długą trasę na piechotę. Mój brat w tym czasie zarekwirował mój wózek i załapał się na wożenie.

Nadal nie potrafiłem korzystać z nocnika, ale robiłem inne postępy. Tatuś zaczął mnie uczyć jeść łyżką z miski i widelcem z talerza. Trwało to jakieś cztery lub pięć miesięcy. Potem zaczęto mnie uczyć korzystania z nocnika –  oj powiem wam była długa przeprawa – za nic nie chciałem usiąść na ten gadżet. Ale jak pokonałem strach i pierwszy raz udało się z tego skorzystać to byłem w siódmym niebie – co za ulga dla mnie i dla moich rodziców.

No i mieliśmy kolejną imprezę, tym razem urodziny mojego brata. I znowu był tort. Mniam… z procentami 🙂

Latem brat zaczął uczyć się jeździć na rowerze, a ja próbowałem sił na gokarcie. Ale skończyło się na ciągnięciu gokarta na sznurku. Dostaliśmy basen, który został rozłożony przy domu i uczyliśmy się pływać.  Ubaw był niesamowity.

I tak minął nam pierwszy wspólny rok. Hucznie obchodziliśmy pierwszą rocznicę. Był tort – mniam, oczywiście z procentami 🙂 – dużo baloników, małe prezenciki i dużo uciechy.

W tym czasie rodziców nadal niepokoił mój rozwój, nie potrafiłem mówić. Rozpoczął się okres walki o moje zdrowie, który to jest opisany w zakładce DIAGNOZA.

Nastał wrzesień i mój starszy braciszek zaczął uczęszczać do przedszkola. Nasza super pani dyrektor znalazła także dla mnie miejsce w grupie integracyjnej. Niestety pomysł okazał się niewypałem – trwało to tydzień – nie chciałem tam przebywać, chciałem być w domu z tatusiem. Dano mi trzy miesiące czasu na przemyślenie sprawy 🙂 .

Zostałem w domu z tatą. Zacząłem powoli uczyć się kontrolowania swoich potrzeb fizjologicznych i w ciągu dnia coraz rzadziej korzystałem z pampersa.

Końcem listopada rodzice otrzymali wstępną diagnozę i orzeczenie o mojej niepełnosprawności. Nie wiem co to znaczy, ale widząc po ich minach nic wesołego.

Był już grudzień, przemyślałem sprawę – a co mi tam – i po uzyskaniu zgody pani dyrektor wróciłem do przedszkola. Nie miałem już żadnych obaw i oporów, chodziłem z uśmiechem na twarzy. Ten okres okazał się strzałem w dziesiątkę. W przedszkolu bywałem tylko do godziny 12.30. Potem wracałem do domu i ćwiczyłem z tatą lub jechaliśmy do specjalistów i rehabilitantów. Miałem już spotkania z psychologiem, logopedą i hipoterapię. O jak ja lubię te koniki 🙂

No i znowu były moje urodziny. Dostałem mnóstwo prezentów i był smaczny, niezapomniany tort. W zimie chodziliśmy na sanki, a mój brat uczył się pod okiem taty zjeżdżać na nartach koło domu – górka aż 5 metrów po skosie (hi, hi)– pod warunkiem, że był śnieg.

Po długich rozmowach, rodzice podjęli decyzję. Tatuś nie wrócił do pracy po tacierzyńskim i krótkim wychowawczym – zrezygnował z pracy, żeby zawozić mnie na wszystkie zajęcia.

Wspólnie obaliliśmy stereotyp, że to mama zajmuje się dziećmi. U nas tata został w domu, a mama pracowała. Mama rano robiła nam śniadanie i wyjeżdżała do pracy. Obiadek zostawiała w lodówce. Jak wracała to mieliśmy ją tylko dla siebie. Bawiliśmy się i uczyliśmy, a potem mama przygotowywała jakieś pyszności na kolację, szybkie kompu-kompu i hop do wyrka.

Minęła zima i stało się. Po wielu spotkaniach i wizytach ze specjalistami stwierdzono u mnie autyzm wczesnodziecięcy. Nie wiem skąd to się wzięło i jak z tym walczyć. Z tatusiem regularnie jeździłem na różnego rodzaju rehabilitacje. W domu wieczorami ćwiczyliśmy wspólnie z rodzicami, czasami z różnym skutkiem. Czasem miałem ochotę na współpracę, a czasami po prostu mi się nie chciało i wolałem broić. Nic na to nie poradzę.

W tym okresie nauczyłem się nowej rzeczy. Przestałem korzystać w ogóle z pampersa – oj co za ulga, nic nie gniotło mnie już między moimi nóżkami.

Mama namierzyła też super neuropsychologa. Dzięki zaleconym masażom, zacząłem w końcu mówić. Nie jest to jeszcze mówienie przez duże M, ale mówię pojedyncze wyrazy a znam ich już sporo.

Potem było lato, starszy brat zaczął uczyć się jazdy na rowerze na dwóch kółkach pod okiem taty. Bardzo szybko opanował tą technikę. Oczywiście zaliczył kilka przewrotek. Ja natomiast nauczyłem się samodzielnej jazdy gokartem (bez ciągnięcia za sznurek) oraz zacząłem jeździć na swoim czterokołowym rowerku.

Nastały wakacje, zostawaliśmy w domu pod okiem taty. Koło domu znowu był rozłożony basen. Niestety pogoda tego lata nie pozwalała na częste pluskanie. W czasie urlopu mamy – druga połowa sierpnia – wspólnie bawiliśmy się, spacerowaliśmy jak tylko pogoda na to pozwalała, no i rozrabialiśmy. Byliśmy w ZOO i w Leśnym Parku Niespodzianek, gdzie głaskałem sarenki.

We wrześniu wróciliśmy z braciszkiem do przedszkola.

I w tym momencie można byłoby zakończyć w skrócie moją historię. Dalszy ciąg będzie realizowany w kolejnych wpisach na naszym blogu: „Kołowrotki i młynki…”.

 

Copy Protected by Chetan's WP-Copyprotect.